Wiatr i ogień Pięćdziesiątnicy
Charles H. Spurgeon · 18.09.1881 · № 1619
„I nagle powstał z nieba szum jakby pędzącego, potężnego wiatru i napełnił cały dom, w którym siedzieli. Ukazały się im rozdzielające się języki jakby ognia i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, tak jak Duch dawał im przemawiać”. — Dzieje Apostolskie 2,2–4.
Ze zstąpienia Ducha Świętego na początku możemy nauczyć się czegoś o Jego działaniu w obecnym czasie. Pamiętajmy od razu: Duch Święty jest teraz taki sam, jaki był na początku, bo jako Bóg pozostaje na wieki niezmienny. Wszystko, co wtedy czynił, nadal potrafi czynić, gdyż Jego moc w żaden sposób się nie zmniejszyła.
Jak mówi prorok Micheasz: „O ty, który nosisz imię domu Jakuba, czy Duch Pana jest ograniczony?”. Bardzo zasmucilibyśmy Ducha Świętego, gdybyśmy przypuszczali, że Jego potęga jest dziś mniejsza niż na początku.
Chociaż nie możemy oczekiwać i nie potrzebujemy pragnąć cudów, które towarzyszyły darowi Ducha Świętego, o ile miały charakter fizyczny, możemy jednak zarówno pragnąć, jak i oczekiwać tego, co było ich celem i co symbolizowały. Możemy spodziewać się, że podobne duchowe cuda będą dokonywały się pośród nas również dzisiaj.
Według przekonania Żydów Pięćdziesiątnica była czasem nadania Prawa. Jeśli więc nadaniu Prawa towarzyszyło cudowne objawienie mocy na Synaju, należało oczekiwać, że gdy zostanie dana Ewangelia, której posługiwanie jest o wiele chwalebniejsze, nastąpi jakieś szczególne odsłonięcie Bożej obecności.
Jeśli na początku głoszenia Ewangelii widzimy Ducha Świętego dokonującego wielkich znaków i cudów, czyż wraz z upływem wieków nie możemy oczekiwać dalszego — a nawet coraz większego — objawiania się Jego mocy? Prawo przeminęło, lecz Ewangelia nigdy nie przeminie. Jaśnieje coraz bardziej, aż do doskonałego dnia tysiąclecia. Uważam zatem, że z wyjątkiem jedynie cudów fizycznych możemy oczekiwać, iż wszystko, czego Duch Święty dokonał na początku, będzie dokonywane nieustannie, dopóki trwa obecna epoka Ewangelii.
Nie należy zapominać, że Pięćdziesiątnica była świętem pierwocin. Był to czas, gdy składano Bogu pierwsze kłosy dojrzałego zboża. Skoro więc u początku żniwa Ewangelii tak wyraźnie widzimy moc Ducha Świętego, czyż nie jest rzeczą jak najbardziej właściwą oczekiwać nieskończenie więcej w miarę postępu żniwa — a najwięcej wtedy, gdy zostanie zebranych najwięcej snopów? Czy nie możemy wnioskować, że skoro Pięćdziesiątnica była tak cudowna, pełne żniwo będzie jeszcze wspanialsze?
Dziś rano nie zamierzam mówić o zstąpieniu Ducha Świętego jako o fragmencie historii, lecz rozważyć je jako fakt, który dotyczy nas w tej właśnie chwili — także nas, powołanych w tych późniejszych dniach do składania świadectwa prawdzie. Ojciec posłał nam Pocieszyciela, aby mieszkał w nas aż do przyjścia Pana. Duch Święty nie powrócił do Ojca, gdyż przyszedł zgodnie z modlitwą Zbawiciela, aby pozostać z nami na wieki.
Dar Pocieszyciela nie był tymczasowy, a objawienie Jego mocy nie miało być czymś ujrzanym raz i nigdy więcej. Duch Święty jest tutaj i powinniśmy oczekiwać Jego Bożego działania pośród nas. Jeśli zaś tak nie działa, powinniśmy badać samych siebie, by zobaczyć, co Mu przeszkadza i czy nie ma w nas czegoś, co Go zasmuca, tak że powściąga swoją świętą moc i nie działa pośród nas jak dawniej.
Oby Bóg sprawił, że dzisiejsze rozważanie pomnoży naszą wiarę w Ducha Świętego i rozpali nasze pragnienie Jego samego, abyśmy oczekiwali, że będzie wypełniał swoją misję pośród ludzi tak jak na początku.
I. Najpierw zwrócę waszą uwagę na POUCZAJĄCE SYMBOLE Ducha Świętego, które wyraźnie ukazano podczas Pięćdziesiątnicy. Były dwa: szum jakby pędzącego, potężnego wiatru oraz rozdzielające się języki jakby ognia.
Rozważmy te symbole osobno. Pierwszym jest wiatr — znak Bóstwa, a zatem właściwy symbol Ducha Świętego. W Starym Testamencie Bóg często objawiał się pod obrazem tchnienia lub wiatru. Jak większość z was wie, hebrajskie słowo oznaczające „wiatr” i „ducha” jest takie samo.
Podobnie jest ze słowem greckim. Gdy Chrystus rozmawiał z Nikodemem, tłumaczom niełatwo powiedzieć nam, kiedy mówił o „duchu”, a kiedy o „wietrze”. Niektórzy istotnie bardzo trafnie oddają oryginał, używając w całym fragmencie słowa „wiatr”, inni zaś z ważnych powodów użyli w przekładzie również słowa „duch”. Słowo oryginału oznaczało jedno lub drugie albo obydwa.
Spośród wszystkich rzeczy materialnych wiatr wydaje się jedną z najbardziej duchowych: jest niewidzialny, ulotny, tajemniczy. Dlatego ludzie uznali, że jest najbliższy duchowi. W słynnej wizji Ezechiela, gdy prorok ujrzał dolinę pełną suchych kości, wszyscy wiemy, że ów ożywiający wiatr przedstawiał Ducha Bożego. Przybył, gdy prorok prorokował, i tchnął na wyschnięte szczątki, aż zostały ożywione.
„Pan ma swoją drogę w wichrze” — tak ukazuje się, gdy działa. „Pan odpowiedział Hiobowi z wichru” — tak objawia się, gdy naucza swoich sług.
Zauważcie, że w dniu Pięćdziesiątnicy temu wiatrowi towarzyszył dźwięk — szum jakby pędzącego, potężnego wiatru. Chociaż bowiem Duch Boży potrafi działać w ciszy, w swoim zbawczym działaniu często posługuje się dźwiękiem.
Byłbym ostatnim, który umniejszałby znaczenie zgromadzeń, na których panuje wyłącznie święta cisza. Chciałbym, byśmy mieli dla ciszy więcej szacunku, bo to w wyciszeniu pielęgnuje się życie wewnętrzne. Jednak Duch Święty nie posługuje się samą tylko ciszą, by szerzyć królestwo Boga, gdyż wiara przychodzi ze słuchania. Rozlega się szum jakby pędzącego, potężnego wiatru, gdy przez głoszenie Ewangelii Słowo rozbrzmiewa wśród całych narodów.
Gdyby Pan nie dał ludziom uszu ani języków, nabożeństwo w milczeniu byłoby nie tylko stosowne, ale konieczne. Skoro jednak mamy uszy, Pan z pewnością zamierzył, byśmy czegoś słuchali, a skoro mamy języki, chciał, byśmy mówili. Niektórzy z nas chętnie trwaliby w milczeniu, ale tam, gdzie Ewangelia ma swobodny bieg, z pewnością pojawi się pewna miara szumu i poruszenia.
Ów dźwięk niewątpliwie miał zwrócić uwagę zgromadzonych na to, co miało się wydarzyć, pobudzić ich i napełnić pełną czci bojaźnią. W szumie wzbierającej nawałnicy jest coś niewypowiedzianie podniosłego. Pochyla duszę przed wzniosłą tajemnicą Bożej mocy. Cóż mogłoby lepiej towarzyszyć Bożemu działaniu niż przejmujący powagą szum potężnego wiatru?
Temu budzącemu bojaźń szumowi jakby potężnego wiatru towarzyszyła wyraźna oznaka, że nadchodzi z nieba. Zwykłe wiatry wieją z tej lub innej strony nieboskłonu, lecz ten zstępował z samego nieba — wyraźnie przypominał podmuch spadający z góry. Ukazuje to prawdę, że prawdziwy Duch, Duch Boży, nie pochodzi z tego czy innego miejsca, a Jego moc nie może być kontrolowana ani kierowana przez ludzką władzę. Jego działanie zawsze pochodzi z góry, od samego Boga.
Działanie Ducha Świętego jest, jeśli można tak powiedzieć, tchnieniem Boga, a Jego moc jest zawsze w szczególnym znaczeniu bezpośrednią mocą Boga. Zstępując więc, ten tajemniczy wiatr wszedł do komnaty, w której zgromadzili się uczniowie, i napełnił pomieszczenie.
Zwykły pędzący, potężny wiatr byłby odczuwalny na zewnątrz. Gdyby skierowano go na jeden budynek, prawdopodobnie zniszczyłby dom albo zranił jego mieszkańców. Ten niebiański podmuch napełnił jednak pomieszczenie, lecz go nie zniszczył. Pobłogosławił oczekujące zgromadzenie, lecz go nie powalił.
Znaczenie tego symbolu jest takie: jak oddech, powietrze i wiatr są samym życiem człowieka, tak Duch Boży jest życiem człowieka duchowego. Przez Niego zostajemy ożywieni na początku, przez Niego później podtrzymywani przy życiu. Przez Niego życie wewnętrzne jest pielęgnowane, pomnażane i doprowadzane do doskonałości. Tchnieniem nozdrzy człowieka Bożego jest Duch Boży.
To święte tchnienie miało nie tylko ich ożywić, ale także wzmocnić. Jakimż błogosławieństwem byłby teraz powiew dla nas, siedzących w tym dusznym powietrzu! Jak chętnie powitalibyśmy podmuch z przewiewnych wzgórz albo wiatr znad otwartego morza! Jeśli ziemskie wiatry tak odświeżają, czymże musi być wiatr z nieba! Ów pędzący, potężny wiatr szybko rozproszył wszelką ziemską wilgoć i opary. Pobudził uczniów i pozostawił ich pokrzepionych do dalszego dzieła Pana.
Pełną piersią zaczerpnęli niebiańskiego życia. Czuli się ożywieni, przebudzeni i poruszeni do działania. Ogarnął ich święty zapał, gdyż zostali napełnieni Duchem Świętym. Przepasani tą siłą wznieśli się ku szlachetniejszej postaci życia, niż znali dotychczas.
Wiatr ten niewątpliwie miał ukazać nieodpartą moc Ducha Świętego. Powietrze jest przecież czymś tak prostym, ruchliwym i pozornie słabym, lecz wprawcie je w ruch, a poczujecie, że jest pośród was coś żywego. Przyśpieszcie ten ruch, a któż pozna moc niespokojnego olbrzyma, którego obudzono? Zobaczcie: staje się wichurą, nawałnicą, huraganem, tornadem, cyklonem.
Nic nie dorównuje potędze wiatru, kiedy w pełni się rozszaleje. Podobnie jest z Duchem Bożym: choć ludzie Nim gardzą tak bardzo, że nawet nie wierzą w Jego istnienie, niech tylko zacznie działać pełnią swej mocy, a zobaczycie, czego potrafi dokonać. Przychodzi cicho, tchnąc jak łagodny zefir, który owiewa kwiaty, lecz nie strąca nawet owada o najdelikatniejszych skrzydełkach — a nasze serca doznają pociechy.
Przychodzi jak orzeźwiający podmuch, a my zostajemy pobudzeni do żywszej gorliwości. Nasze żagle się unoszą i mkniemy z wiatrem.
Przychodzi z jeszcze większą siłą, a my padamy w proch, słysząc grzmot Jego mocy, która z łoskotem obala fałszywe oparcia i schronienia z kłamstwa! Jakże doszczętnie zostają powalone zabezpieczenia cielesnych ludzi, które zdawały się stać jak skały! Jakże ludzkie nadzieje, na pozór zakorzenione niczym dęby, zostają wyrwane z korzeniami przez tchnienie Ducha przekonującego o grzechu! Cóż może Mu się oprzeć? O, gdybyśmy tylko ujrzeli w tych późniejszych dniach coś z owego potężnego, pędzącego wiatru, który łamie cedry Libanu i zmiata wszystko, co chciałoby się sprzeciwić jego mocy!
Drugim symbolem Pięćdziesiątnicy był ogień. Ogień również jest częstym symbolem Bóstwa. Abraham ujrzał płonącą pochodnię, a Mojżesz — płonący krzew. Gdy Salomon wybudował swój święty i piękny dom, jego poświęcenie dokonało się przez ogień Boży, który zstąpił na ofiarę, potwierdzając, że Pan tam jest. Gdy bowiem Pan wcześniej mieszkał w przybytku, zastąpionym później przez świątynię, objawiał się w słupie obłoku za dnia i w słupie ognia nocą.
„Nasz Bóg jest ogniem trawiącym”. Dlatego symbol ognia jest właściwym znakiem Boga Ducha Świętego. Oddawajmy Mu cześć i uwielbienie. Języki płomienia spoczywające na głowie każdego z nich oznaczają osobiste nawiedzenie umysłu i serca każdego członka tego wybranego zgromadzenia. Ognie nie przyszły po to, by ich strawić, bo płomienny język nikogo nie zranił. Ludziom, których Pan przygotował na swoje zbliżenie, Jego nawiedzenia nie zagrażają.
Widzą Boga, a ich życie zostaje zachowane. Odczuwają Jego ogień, a nie zostają strawieni. Jest to przywilej jedynie tych, którzy zostali przygotowani i oczyszczeni do takiej społeczności z Bogiem.
Symbol ten miał im ukazać, że Duch Święty ich oświeci, tak jak ogień daje światło. „Wprowadzi was we wszelką prawdę”. Odtąd nie mieli już być niepouczonymi dziećmi, lecz nauczycielami w Izraelu, nauczycielami narodów, które mieli uczynić uczniami Chrystusa. Dlatego spoczął na nich Duch światłości.
Ogień jednak nie tylko daje światło — on rozpala. Płomienie spoczywające na każdym z nich ukazywały, że mają płonąć miłością, być pełni żarliwej gorliwości i pałać ofiarnością. Mieli wychodzić między ludzi i przemawiać nie chłodnym językiem rozważnej logiki, lecz płomiennymi językami gorącego błagania: przekonywać i usilnie prosić ludzi, by przyszli do Chrystusa i mogli żyć. Ogień oznaczał natchnienie.
Bóg miał sprawić, że będą przemawiać pod Bożym wpływem, tak jak Duch Boży będzie im dawał przemawiać. O błogosławiony symbolu! Oby Bóg sprawił, żebyśmy wszyscy w pełni doświadczyli jego znaczenia i żeby język ognia spoczął na każdym słudze Pana. Niech stale płonie wewnątrz nas ogień, który niszczy nasz grzech; święty płomień ofiarny, czyniący nas całopaleniami dla Boga; niegasnący płomień gorliwości o Boga i oddania krzyżowi.
Zauważcie, że znakiem nie był sam ogień, lecz język ognia. Bóg zamierzył bowiem mieć Kościół, który przemawia. Nie Kościół walczący mieczem — z taką bronią nie mamy nic wspólnego — ale Kościół, z którego ust wychodzi miecz, a którego jedyną bronią jest głoszenie Ewangelii Jezusa Chrystusa.
Sądząc po tym, co wiem o niektórych kaznodziejach, przypuszczałbym, że gdy przeżywali swoją Pięćdziesiątnicę, ów wpływ spoczął na nich pod postacią języków kwiatów. Apostolska Pięćdziesiątnica nie znała jednak kwiatów, lecz płomienie. Jakież piękne kaznodziejstwo mamy dzisiaj! Jakie nowe myśli i poetyckie zwroty! Nie taki jest styl Ducha Świętego.
Miękko i łagodnie płynie gładka mowa opowiadająca o godności człowieka, wielkości stulecia, łagodzeniu wszelkiej kary za grzech oraz prawdopodobnym przywróceniu wszystkich zgubionych duchów, włącznie z samym arcywrogiem. To posługa szatańska — przebiegła jak wąż, słodka jak jego zwodnicze słowa skierowane do Ewy. Duch Święty nie powołuje nas do takiego sposobu mówienia.
Ogień, siła, gorliwość, żar — ile tylko chcecie! Lecz obliczone na efekt wygładzone zwroty i błyskotliwe okresy zdaniowe przystoją raczej tym, którzy chcieliby zwodzić ludzi, niż tym, którzy pragną przekazać im poselstwo Najwyższego. Styl Ducha Świętego przekazuje prawdę umysłowi z największą siłą: jest jasny, lecz płomienny, prosty, lecz trawiący.
Duch Święty nie napisał ani jednego chłodnego zdania w całej Biblii i nigdy przez człowieka nie wypowiedział martwego słowa. Zawsze udziela języka ognia i mu błogosławi.
Oto więc dwa symbole. Chciałbym, abyście zwrócili szczególną uwagę na to, jak Duch Święty przez nie nas naucza. Kiedy przyszedł od Ojca do Jego Syna Jezusa, uczynił to jak gołębica. Niech pokój spoczywa na duszy tego drogiego Cierpiącego przez wszystkie dni Jego trudu i przez mękę, która miała je zakończyć. Jego namaszczenie jest namaszczeniem pokoju. Nie potrzebował języka płomienia, bo już cały płonął miłością.
Gdy Syn Boży udzielił Ducha Świętego swoim uczniom, stało się to w postaci tchnienia: „Tchnął na nich i powiedział: Przyjmijcie Ducha Świętego”. Życie w większej obfitości jest jedną z najważniejszych potrzeb sług Pana Jezusa, dlatego Duch Święty tak nas nawiedza.
Teraz, gdy mamy od Chrystusa Ducha Świętego jako nasze wewnętrzne życie i ożywienie, przychodzi On również na nas, aby użyć nas ku błogosławieństwu innych. A oto sposób Jego nawiedzenia: przychodzi jak wiatr, który niesie wypowiadane przez nas słowa, i jak ogień, który wypala drogę dla głoszonej przez nas prawdy. Nasze słowa są teraz pełne życia i płomienia. Niesie je tchnienie Ducha; opadają niczym płonące iskry i rozpalają ludzkie dusze pragnieniem Boga.
Jeśli Duch Święty spocznie na mnie, na was lub na kimkolwiek z nas, aby uzdolnić nas do służby, stanie się to właśnie w ten sposób: nie tylko jako życie dla nas samych, ale jako ognista siła w oddziaływaniu na innych. Zstąp na nas już teraz, o pędzący, potężny Wietrze i Języku ognia, bo świat jest w wielkiej potrzebie! Tkwi w zastałym, zatrutym powietrzu grzechu i potrzebuje uzdrawiającego wiatru. Okrywa go straszliwa noc i potrzebuje płonącej pochodni prawdy.
Nie ma dla niego ani zdrowia, ani światła poza Tobą, o błogosławiony Duchu. Przyjdź więc do niego przez swój lud.
Połączcie teraz te dwa symbole, tylko uważajcie, co robicie. Wiatr i ogień razem! Dotąd w moim wywodzie rozpatrywałem je osobno i w każdym widzieliście moc. Czym są razem? Sam pędzący, potężny wiatr — jakiż straszny! Kto mu się oprze? Patrzcie, jak wspaniałe statki zderzają się ze sobą, a królowie lasu pochylają głowy. A sam ogień? Kto mu się oprze, gdy pożera swą zdobycz? Lecz niech wiatr i ogień zaczną działać w zgodnym zjednoczeniu! Przypomnijcie sobie dawny Londyn.
Gdy wybuchły tam płomienie, ich ugaszenie było zupełnie niemożliwe, bo wiatr podsycał ogień, a budynki ustępowały przed ognistym potokiem. Podpalcie prerię. Jeśli spadnie deszcz, a powietrze jest nieruchome, trawa być może przestanie płonąć. Niech jednak wiatr podsyci płomień, a zobaczycie, jak pożerający żywioł mknie naprzód, gdy wysoką trawę zlizują języki ognia. Niedawno czytaliśmy o płonących lasach.
Jakiż to widok! Słuchajcie, z jakim trzaskiem walą się potężne drzewa w płomieniach! Cóż może się temu oprzeć? Ogień rozpala góry. Jakiż dym czerni niebo — w południe robi się ciemno! Gdy wzgórze po wzgórzu składa swoją ofiarę, bojaźliwi wyobrażają sobie, że nadszedł wielki dzień Pana. Gdybyśmy mogli ujrzeć duchowy pożar równie wspaniały, byłoby to spełnienie, którego powinniśmy żarliwie pragnąć.
O Boże, poślij nam Ducha Świętego w taki sposób! Daj nam zarówno tchnienie duchowego życia, jak i ogień niezwyciężonej gorliwości, aż naród po narodzie podda się panowaniu Jezusa. Ty, który jesteś naszym Bogiem, odpowiedz nam ogniem — prosimy Cię! Odpowiedz nam i wiatrem, i ogniem, a wtedy zobaczymy, że naprawdę jesteś Bogiem. Królestwo nie nadchodzi, a dzieło słabnie.
O, gdybyś posłał wiatr i ogień! Uczynisz to, gdy wszyscy będziemy jednomyślni, wszyscy będziemy wierzyć, wszyscy będziemy oczekiwać i wszyscy będziemy przygotowani modlitwą. Panie, doprowadź nas do takiego stanu oczekiwania.
II. Po drugie, moi bracia, podążajcie za mną, gdy zwrócę waszą uwagę na BEZPOŚREDNIE SKUTKI tego zstąpienia Ducha Świętego, bo symbole te nie zostały posłane na próżno. Były dwa bezpośrednie skutki: najpierw napełnienie, a następnie dar przemawiania.
Szczególną uwagę zwracam na pierwszy z nich — napełnienie: „Napełnił cały dom, w którym siedzieli”. Nie napełnił jednak tylko domu, lecz także ludzi: „Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym”. Gdy powstali, by przemawiać, zauważyli to nawet grubiańscy szydercy w tłumie, bo powiedzieli: „Ci ludzie są pełni”. Choć dodali: „młodego wina”, wyraźnie dostrzegli w nich szczególną pełnię.
Z natury jesteśmy biednymi, pustymi naczyniami i dopóki tacy pozostajemy, jesteśmy bezużyteczni. Potrzebujemy napełnienia Duchem Świętym. Niektórzy zdają się wierzyć tylko w to, że Duch Boży udziela daru przemawiania, a pouczenie w Bożych sprawach uważają za drugorzędne. Ach, ileż kłopotów powstaje, gdy postępujemy według tej teorii! Jakże puste naczynia stukają, grzechoczą i hałasują! Ludzie wypowiadają wtedy zadziwiająco wielkie ilości niczego, a nawet gdy owo nic zostanie podpalone, niewiele z tego wynika.
Lękam się takiego przebudzenia, w którym od początku do końca trwa nieustanne gadanie. Ci, którzy występują jako nauczyciele, powinni sami być pouczeni przez Pana. Jak mogą przekazywać to, czego nie otrzymali? Tam, gdzie Duch Boży naprawdę działa, najpierw napełnia, a potem daje przemawiać — taka jest Jego droga. Obyśmy ty i ja zostali w tej chwili napełnieni Duchem Świętym! „Pełni!” Nie byli więc zimni, martwi i pozbawieni życia, jak my czasem bywamy.
„Pełni”. W nikim z nich nie pozostało więc miejsca na cokolwiek innego! Niebiańska moc tak całkowicie ich zajęła, że nie było już miejsca na pragnienia ciała. Strach został wygnany, każda drugorzędna pobudka usunięta. Duch Boży, zalewając całe ich jestestwo, wypierał wszystko, co było obce Jego działaniu. Wcześniej mieli wiele wad i wiele słabości, lecz tego dnia, gdy zostali napełnieni Duchem Bożym, wad i słabości nie było już widać.
Stali się innymi ludźmi niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie pełni Boga są przeciwieństwem ludzi pełnych samych siebie. Różnica między człowiekiem pustym a napełnionym jest czymś zdumiewającym. Podajcie spragnionemu puste naczynie.
Podczas podawania może być wiele hałasu, lecz jakaż to kpina, gdy dotknie jego ust! Napełnijcie je jednak orzeźwiającą wodą, a przy podawaniu być może zapanuje tym większa cisza, bo z pełnym kielichem trzeba obchodzić się ostrożnie. O, jakimż błogosławieństwem będzie jednak, gdy dotrze do ust tego człowieka! Z pełnego naczynia może napić się do syta. Przez napełniony Kościół świat otrzyma zbawienie, ale nigdy przez pusty.
Pierwszą rzeczą, której potrzebujemy jako Kościół, jest napełnienie Duchem Świętym. Dar przemawiania przyjdzie wtedy jako naturalna konsekwencja. Pytają mnie: „Czy siostry mogą gdzieś przemawiać? Jeśli nie na zgromadzeniu, czy nie mogą na mniejszych spotkaniach?”. Odpowiadam: tak, jeśli są pełne Ducha Świętego. Czy temu lub innemu bratu należy pozwolić przemawiać? Oczywiście — jeśli jest napełniony, niech wypływa z niego słowo.
Czy człowiek świecki może głosić? Nie znam się na podziale na świeckich, wiem tylko, że sam nie jestem duchownym. Niech jednak mówią wszyscy, którzy są pełni Ducha Świętego.
„Wytryśnij, studnio!” Jeśli jest to źródło żywej wody, kto chciałby je powstrzymać i kto zdołałby to zrobić? Niech przelewa się ten, kto jest pełny. Niech jednak uważa, by nie zabierał się do wylewania, gdy w nim samym nic nie ma. Jeśli bowiem uważa za swój urzędowy obowiązek lać, lać i lać, ponad wszelką miarę, a nic z tego nie wynika, jestem pewien, że działa nie przez Ducha Świętego, lecz według własnej próżności.
Następnym znakiem Pięćdziesiątnicy było przemawianie. Gdy tylko Duch Boży ich napełnił, od razu zaczęli mówić. Wydaje mi się, że zaczęli jeszcze przed zgromadzeniem się ludzi. Nie mogli się powstrzymać; wewnętrzne siły domagały się wyrazu i musieli przemawiać. Podobnie, gdy Duch Boży rzeczywiście przychodzi na człowieka, nie czeka on, aż zbierze słuchaczy w pożądanej liczbie, lecz chwyta najbliższą sposobność.
Mówi do jednej osoby, do dwóch, do trzech, do kogokolwiek. Musi mówić, bo jest pełny i musi dać temu ujście.
Gdy Duch Boży napełnia człowieka, ten mówi tak, by go rozumiano. Tłum posługiwał się różnymi językami, a ludzie pouczeni przez Ducha przemawiali do słuchaczy w języku kraju ich urodzenia. To jeden ze znaków przemawiania pod wpływem Ducha. Jeśli mój przyjaciel stamtąd zwraca się stylem pełnym łacińskich zwrotów do gromady ulicznych handlarzy, zaręczam wam, że Duch Święty nie ma z nim nic wspólnego.
Jeśli uczony brat wygłasza świetną orację ponad głowami swojego zgromadzenia, niech, jeśli chce, wywodzi swą wymowę od Cycerona i Demostenesa, lecz niech nie przypisuje jej Duchowi Świętemu — nie taki jest Jego sposób. Duch Boży przemawia tak, by Jego słowa były zrozumiałe. Jeśli zaś pozostaje jakaś niejasność, tkwi ona w języku, którego użył sam Pan.
Tłum nie tylko rozumiał, lecz także odczuwał. W tym kaznodziejstwie Pięćdziesiątnicy były lancety, a słuchacze „zostali przeszyci w sercu”. Prawda raniła ludzi i wielu zostało śmiertelnie ugodzonych przez Pana, bo rany dotykały samego siedliska życia. Nie potrafili tego pojąć. Słyszeli już wcześniej mówców, lecz to było czymś zupełnie innym.
Z ust tych ludzi padały płonące iskry, a jeden słuchacz wołał do drugiego: „Co to jest?”. Kaznodzieje przemawiali płomieniem, a ogień padał w ludzkie serca, aż ogarniało ich zdumienie i oszołomienie.
Oto dwa skutki działania Ducha Świętego: pełnia Ducha w posłudze i Kościele, a następnie ognista posługa i płonący Kościół, przemawiający tak, by ludzie wokół rozumieli i odczuwali. Przyczyny rodzą skutki podobne do siebie, a ta posługa wiatru i ognia szybko wykonała swoje dzieło. Czytamy, że „wieść o tym się rozeszła”. Oczywiście, że tak — przecież rozległ się szum jakby pędzącego, potężnego wiatru. Następnie czytamy, że wszyscy ludzie się zbiegli i byli zdezorientowani.
Poruszenie było czymś naturalnym, bo potężny wiatr z nieba pędził. Wszyscy byli zdumieni i zadziwieni. Jedni pytali z wiarą, inni zaczęli szydzić. Oczywiście — płonął ogień, a ogień rozdziela. Zaczął oddzielać to, co cenne, od tego, co nikczemne, jak zawsze, gdy zaczyna działać. Na początku prawdziwego przebudzenia możemy oczekiwać poruszenia wśród ludzi, szumu i ruchu. Te rzeczy nie dzieją się w ukrytym kącie.
Miasta dowiedzą się o obecności Boga, a tłumy zostaną przyciągnięte przez to wydarzenie.
Taki był bezpośredni skutek cudu Pięćdziesiątnicy. Poproszę teraz, byście podążyli ze mną do trzeciego punktu:
III. Kiedy Duch Święty działał w ten sposób, co było NAJWAŻNIEJSZYM TEMATEM, o którym ci napełnieni ludzie zaczęli głosić słowami ognia? Załóżmy, że Duch Święty potężnie działałby w Kościele — o czym głosiliby nasi kaznodzieje? Czyż nie ożyłyby dawne dyskusje o predestynacji i wolności ludzkiego działania? Nie sądzę. Szczęśliwie dobiegły końca, bo prowadziły do rozgoryczenia, a dyskutanci przeważnie nie dorastali do swego zadania.
Czyż nie słyszelibyśmy wiele o przyjściu Chrystusa przed tysiącleciem i po tysiącleciu? Nie sądzę. Nigdy nie widziałem wiele Ducha Bożego w dyskusjach ani marzeniach o czasach i porach, które nie zostały jasno objawione. Czy nie słyszelibyśmy uczonych rozpraw o postępowej teologii? Nie, proszę pana. Kiedy diabeł inspiruje Kościół, mamy nowoczesną teologię. Kiedy jednak Duch Boży jest pośród nas, te śmieci zostają z odrazą wyrzucone.
O czym głosili ci ludzie? Ich słuchacze mówili: „Słyszymy, jak w naszych własnych językach opowiadają wielkie dzieła Boga”. Ich tematem były wielkie dzieła Boga. Oby do dnia mojej śmierci był to mój jedyny temat: „Wielkie dzieła Boga”! Najpierw bowiem mówili o odkupieniu, tym cudownym dziele Boga. Kazanie Piotra było przykładem tego, jak o nim mówili.
Powiedział ludziom, że Jezus jest Synem Boga, że Go ukrzyżowali i zabili, lecz On przyszedł odkupić ludzi i w Jego drogocennej krwi jest zbawienie. Głosił odkupienie. O, jakże ten kraj będzie raz za razem rozbrzmiewał słowami: „Odkupienie, odkupienie, odkupienie, odkupienie przez drogocenną krew”, gdy Duch Święty będzie z nami! To odpowiednie paliwo dla języka płomienia, coś godnego tego, by poniósł je Boży wiatr.
„Bóg był w Chrystusie, jednając świat ze sobą, nie poczytując im ich występków”. „Krew Jezusa Chrystusa, Jego Syna, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu”. To jedno z wielkich dzieł Boga, o których nigdy nie możemy wspominać zbyt często.
Z pewnością mówili o następnym cudownym dziele Boga — o odrodzeniu. W tej pierwotnej posłudze nie ukrywano dzieła Ducha Świętego. Wysuwano je na pierwszy plan. Piotr powiedział: „Otrzymacie Ducha Świętego”. Kaznodzieje Pięćdziesiątnicy opowiadali o dziele Ducha mocą Ducha. Swobodnie mówiono o nawróceniu, upamiętaniu, odnowieniu, wierze, świętości i podobnych rzeczach, przypisując je ich rzeczywistemu Sprawcy — Bożemu Duchowi.
Jeśli Duch Boży znów da nam posługę pełną Jego obecności i ognia, usłyszymy wyraźnie głoszone słowa: „Musicie się na nowo narodzić”. Zobaczymy lud, który rodzi się nie z krwi ani z woli ciała, lecz z woli Boga i przez moc przychodzącą z nieba. Posługa Ducha Świętego nie może milczeć o Duchu Świętym i Jego świętym działaniu w sercu.
Bardzo wyraźnie mówili też o trzecim cudownym dziele Boga: o odpuszczeniu grzechu. Właśnie to Piotr usilnie im uświadamiał: że gdy się upamiętają, otrzymają odpuszczenie grzechów. Jakież to błogosławione poselstwo! Przebaczenie najcięższych występków; przebaczenie wykupione krwią Jezusa; darmowe przebaczenie, pełne przebaczenie, nieodwołalne przebaczenie udzielane najnikczemniejszym z nikczemnych, gdy składają broń buntu i pochylają się u stóp niegdyś przybitych do drzewa.
Jeśli chcemy okazać, że jesteśmy pod Bożym wpływem, musimy trzymać się Bożego poselstwa o ojcowskim przebaczeniu dla powracających synów marnotrawnych. Jakie radośniejsze słowo moglibyśmy przekazać?
To nauki, które Duch Święty ożywi pośród kraju, gdy zacznie działać potężnie: odkupienie, odrodzenie, odpuszczenie. Jeśli chcecie, drodzy bracia i siostry, by Duch Boży spoczywał na waszej pracy, zawsze wysuwajcie te trzy rzeczy na pierwszy plan. Niech wszyscy ludzie słyszą we własnym języku wielkie dzieła Boga.
IV. Zakończę, rozważając po czwarte, jakie były CHWALEBNE OWOCE tego wszystkiego. Miejcie do mnie cierpliwość, jeśli szczegóły wydają się nieco długie. Pierwszym skutkiem przyjścia Ducha jako wiatru i ognia, Jego napełnienia i udzielenia daru przemawiania było głębokie poruszenie słuchaczy. Być może nigdy na świecie słowa śmiertelnego człowieka nie wzbudziły takiego poruszenia jak to, które ogarnęło tłumy w Jerozolimie owego dnia.
Moglibyście zobaczyć tu jedną grupę, tam drugą: wszyscy słuchają tej samej opowieści o cudownych dziełach Boga i wszyscy są poruszeni oraz przejęci. Niebiański wiatr i ogień towarzyszyły bowiem głoszeniu i nie mogli nie odczuwać jego mocy. Powiedziano nam, że zostali przeszyci w sercu. Odczuwali bolesne poruszenie, czuli rany, które uśmiercały ich wrogość. Słowo uderzyło w samo centrum ich jestestwa, przeszyło miejsce, od którego zależy życie.
Niestety, ludzie przychodzą dziś do naszych miejsc nabożeństwa, by słuchać kaznodziei, a po powrocie znajomi pytają ich: „Jak ci się podobał?”. Czy po to szedłeś — sprawdzić, jak ci się spodoba? Jaki praktyczny pożytek płynie z takiego korzystania ze sług Bożych? Czy zostaliśmy posłani pośród was po to, by dawać wam sposobność do krytykowania? A jednak większość ludzi zdaje się sądzić, że jesteśmy tylko grajkami albo aktorami wychodzącymi na scenę, by pomóc wam spędzić godzinę.
O moi słuchacze, jeśli jesteśmy wierni naszemu Bogu i wierni wam, nasze zadanie jest poważniejsze, niż większości ludzi się zdaje. Celem wszelkiego prawdziwego głoszenia jest serce. Dążymy do tego, by rozwieść serce z grzechem i poślubić je Chrystusowi. Nasza posługa poniosła klęskę i nie ma na sobie Bożej pieczęci, jeśli nie sprawia, że ludzie drżą i smucą się, a następnie wkrótce przychodzą do Chrystusa i zaczynają się radować.
Kazań można słuchać tysiącami, a jednak jakże niewiele z nich wszystkich wynika, bo nie celuje się w serce albo łucznicy chybiają. Niestety, nasi słuchacze nie wystawiają swoich serc jako celu dla naszych strzał: zostawiają je w domu, a przynoszą nam tylko uszy lub głowy. Tutaj potrzebujemy Bożej pomocy. Módlcie się usilnie, aby Duch Boży spoczął na wszystkich przemawiających w imieniu Boga. Wtedy bowiem wzbudzą głębokie poruszenie w swoich słuchaczach!
Potem przyszło poważne pytanie. „Zostali przeszyci w sercu i powiedzieli do Piotra oraz pozostałych apostołów: Mężowie bracia, co mamy czynić?”. Samo wzruszenie jest marnym owocem, jeśli nie prowadzi do praktycznego działania. Dobrze jest poruszyć ludzi, lecz musi to być poruszenie skłaniające ich do natychmiastowego działania albo przynajmniej do szczerego pytania, co powinni zrobić.
O Duchu Boży, jeśli spoczniesz na mnie — nawet na mnie — ludzie nie będą słuchać, odchodzić i zapominać, co usłyszeli! Powstaną, będą szukać Ojca i zakosztują Jego miłości. Gdybyś spoczął na wszystkich braciach głoszących Twoje Słowo, ludzie nie tylko płakaliby podczas słuchania i byli przejęci w czasie kazania, ale odchodziliby z pytaniem: „Co musimy uczynić, abyśmy byli zbawieni?”. Tego potrzebujemy. Nie potrzebujemy nowych kaznodziejów, ale potrzebujemy nowego namaszczenia Ducha.
Nie potrzebujemy nowych form nabożeństwa. Potrzebujemy Ducha, który przychodzi jako ogień i wiatr, aby działał przez nas, aż wszędzie ludzie będą wołać: „Co musimy uczynić, abyśmy byli zbawieni?”.
Następnie przyszło wspaniałe przyjęcie Słowa. Powiedziano nam, że przyjęli Słowo z radością. Przyjęli je w dwóch znaczeniach. Najpierw Piotr wezwał ich do upamiętania i tak uczynili. Z powodu wyrzutów sumienia za to, co zrobili Jezusowi, zostali przeszyci w sercu, zasmucili się po Bożemu i porzucili swoje grzechy. Uwierzyli także w Tego, którego zabili, i przyjęli Go za swego Zbawiciela od razu, na miejscu, bez dalszego wahania.
Zaufali Temu, którego Bóg ustanowił przebłaganiem, i w ten sposób w pełni przyjęli Słowo. Upamiętanie i wiara składają się na pełne przyjęcie Chrystusa, a oni mieli jedno i drugie. Dlaczego dzisiaj nie mielibyśmy oglądać tego Bożego owocu? Będziemy go oglądać na miarę naszej wiary.
Co było dalej? Zostali natychmiast ochrzczeni. Skoro się upamiętali i uwierzyli, następnym krokiem było wyznanie wiary. Nie odkładali tego aktu nawet o jeden dzień. Dlaczego mieliby to robić? Były tam chętne ręce, całe zgromadzenie wierzących z radością uczestniczyło w tej świętej posłudze i tego samego dnia zostali ochrzczeni w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
Gdyby Duch Święty był w pełni z nami, nigdy nie musielibyśmy narzekać, że wielu wierzących nie wyznaje swojej wiary. Pragnęliby bowiem wyznawać imię Zbawiciela w sposób, który On sam ustanowił. Niechęć do przyjęcia chrztu zbyt często bierze się ze strachu przed prześladowaniem, niezdecydowania, umiłowania wygody, pychy albo nieposłuszeństwa. Wszystko to jednak znika, gdy niebiański wiatr i ogień wykonują swoje święte dzieło.
Grzeszna nieśmiałość szybko ustępuje, grzesznego wstydzenia się Jezusa już nie widać, a wahanie i zwłoka zostają na zawsze wygnane, gdy Duch Święty działa z mocą.
Co więcej, nie było jedynie tego natychmiastowego wyznania. Owocem działania Ducha Bożego była też wielka stałość. „Trwali niezachwianie w nauce apostołów”. Mieliśmy już wiele przebudzeń o czysto ludzkim charakterze, a ich owoce były boleśnie rozczarowujące.
Pod wpływem podekscytowania mnożyli się ludzie nawróceni tylko z nazwy, ale gdzie są po niewielkiej próbie? Ze smutkiem muszę przyznać, że — o ile potrafię dostrzec — w wielu rzeczach nazywanych przebudzeniem wiele zasiano, a zebrano bardzo mało tego, co było warte zebrania. Nasze nadzieje były piękne jak sen, lecz pozorny owoc zniknął jak nocne widzenie.
Tam jednak, gdzie Duch Boży naprawdę działa, nawróceni trwają. Są dobrze zakorzenieni i ugruntowani, dlatego nie miota nimi każdy wiatr nauki, lecz pozostają niezachwiani w apostolskiej prawdzie.
Widzimy następnie, że obficie oddawano Bogu cześć. Trwali bowiem nie tylko w nauce, ale też w łamaniu chleba, modlitwie i społeczności. Nie było wtedy trudności z zebraniem ludzi na modlitwę ani z utrzymaniem codziennej wspólnoty; nie brakowało świętej społeczności. Duch Boży był pośród nich, a ustanowienia Pańskie były drogie w ich oczach.
„O — mówią niektórzy — gdybyśmy mogli sprowadzić tego kaznodzieję albo tamtego ewangelistę, dobrze by nam szło”. Bracia, gdybyście mieli Ducha Świętego, wszystko inne wyrastałoby z Jego obecności, bo w Nim zawierają się wszelkie dobre rzeczy.
Następnie pojawiła się uderzająca hojność. Nietrudno było zbierać środki. Szczodrobliwość wystąpiła z brzegów, bo wierzący składali wszystko, co mieli, do wspólnej kasy. Wtedy rzeczywiście okazało się prawdą, że srebro i złoto należą do Pana. Gdy Duch Boży działa potężnie, niewielka jest potrzeba ogłaszania przekonujących apeli na rzecz wdów i sierot albo padania na kolana i błagania o wsparcie dla terenów misyjnych, na których z braku pieniędzy nie można podjąć pracy.
W tej chwili nasze wiejskie zbory ledwie utrzymują swoich pastorów na głodowym poziomie. Wierzę jednak, że jeśli Duch Boży nawiedzi wszystkie zbory, znajdą się środki, by całe dzieło toczyło się z wielką siłą. Jeśli tak się nie stanie, drżę o nasze zbory niezależne od Kościoła państwowego, bo zabraknie im środków do istnienia. Zarówno pod względem duchowego, jak i doczesnego zaopatrzenia zupełnie upadną. Nie zabraknie pieniędzy, gdy nie zabraknie łaski.
Kiedy przychodzi Duch Boży, ci, którzy mają majątek, oddają go swojemu Panu. Ci, którzy mają niewiele, bogacą się, dając z tej odrobiny, a już bogaci stają się szczęśliwi, poświęcając to, co mają. Nie trzeba potrząsać skarbonką, gdy słychać szum pędzącego, potężnego wiatru, a ogień roztapia wszystkie serca w miłości.
Potem przyszła nieustanna radość. „Spożywali pokarm z radością”. Radowali się nie tylko na spotkaniach modlitewnych i podczas kazań, ale także przy śniadaniu i kolacji. Cokolwiek mieli do jedzenia, gotowi byli nad tym śpiewać. Gdy Duch Boży był w Jerozolimie, było to najszczęśliwsze miasto, jakie kiedykolwiek istniało.
Uczniowie śpiewali od rana do wieczora i nie wątpię, że ludzie z zewnątrz pytali: „O co w tym wszystkim chodzi?”. Świątynia nigdy nie była tak uczęszczana jak wtedy; nigdy wcześniej tak nie śpiewano. Same ulice Jerozolimy i wzgórze Syjon rozbrzmiewały pieśniami niegdyś pogardzanych Galilejczyków.
Byli pełni radości, a ta radość wyrażała się w uwielbianiu Boga. Nie wątpię, że od czasu do czasu wybuchali podczas nabożeństw okrzykami: „Chwała! Alleluja!”. Nie zdziwiłbym się, gdyby wszelka ceremonialna poprawność poszła w rozsypkę. Byli tak radośni, tak podniesieni na duchu, że gotowi byli skakać z radości. Oczywiście my dziś nigdy nie mówimy „Amen” ani „Chwała!”.
Staliśmy się tak lodowato poprawni, że w żaden sposób nie przerywamy nabożeństwa. Prawdę mówiąc, nie jesteśmy bowiem aż tak bardzo radośni ani tak pełni uwielbienia, by chcieć zrobić coś podobnego. Niestety, utraciliśmy bardzo wiele z Ducha Bożego i wiele radości oraz wesela towarzyszących Jego obecności. Ułożyliśmy się więc w dostojnej apatii! Zrywamy kwiaty wzorowej przyzwoitości zamiast palmowych gałązek uwielbienia. Niech Bóg ześle nam czas chwalebnego nieporządku!
O, gdyby przyszedł podmuch, który poruszy morza i sprawi, że nasi opancerzeni bracia, tak spokojnie stojący teraz na kotwicy, zaczną kołysać się od dziobu po rufę! My zaś, którzy przypominamy małe statki, pomkniemy z wichrem, byle szybciej zaniósł nas do upragnionej przystani. O, gdyby znów spadł ogień, który poruszy nawet najbardziej niewzruszonych! To pewne lekarstwo na obojętność. Kiedy płonąca iskra wpada człowiekowi za pazuchę, on o tym wie. Kiedy Słowo Boże dociera do ludzkiej duszy, człowiek również o tym wie.
Oby taki ogień najpierw spoczął na uczniach, a potem spadł na wszystkich wokół!
Na zakończenie: Kościół wzrastał wtedy codziennie. „Pan codziennie przydawał Kościołowi tych, którzy mieli być zbawieni”. Nawrócenia dokonywały się nieustannie. Przyłączanie się ludzi do Kościoła nie było wydarzeniem raz w roku, lecz sprawą codzienną. „Tak potężnie rosło Słowo Boże i przemagało”. O Duchu Boży, jesteś gotów działać z nami dzisiaj tak jak wtedy! Nie zwlekaj, błagamy Cię, lecz działaj natychmiast. Zburz każdą zaporę, która przeszkadza napływowi Twojej mocy.
Obalaj, obalaj, o święty Wietrze! Straw wszystkie przeszkody, o niebiański Ogniu, i daj nam teraz płonące serca oraz języki ognia, abyśmy głosili Twoje słowo pojednania — przez wzgląd na Jezusa. Amen.