Serce Ewangelii
„Tak więc jesteśmy posłami w imieniu Chrystusa, jak gdyby Bóg przez nas was prosił: w miejsce Chrystusa prosimy, pojednajcie się z Bogiem. Tego bowiem, który nie znał grzechu, uczynił za nas grzechem, abyśmy w Nim stali się sprawiedliwością Bożą”. — 2 Koryntian 5,20–21.
Sercem Ewangelii jest odkupienie, a istotą odkupienia — zastępcza ofiara Chrystusa. Ci, którzy głoszą tę prawdę, głoszą Ewangelię, choćby mylili się w innych sprawach; ci zaś, którzy nie głoszą przebłagania, cokolwiek innego oznajmiają, rozminęli się z duszą i istotą Bożego poselstwa. W tych dniach czuję się zobowiązany wciąż na nowo omawiać podstawowe prawdy Ewangelii. W spokojnych czasach możemy pozwolić sobie na wyprawy w odległe, interesujące obszary prawdy; teraz jednak musimy pozostać w domu i strzec ognisk domowych Kościoła, broniąc pierwszych zasad wiary. W obecnej epoce w samym Kościele powstali ludzie, którzy mówią rzeczy przewrotne. Wielu niepokoi nas swoimi filozofiami i nowymi wykładniami, przez które zaprzeczają naukom, jakie rzekomo głoszą, i podkopują wiarę, której zobowiązali się strzec. Dobrze więc, aby niektórzy z nas, którzy wiedzą, w co wierzą, i nie ukrywają pod swoimi słowami innych znaczeń, stanowczo obstawali przy swoim i trwali na zajętym stanowisku, podając słowo życia i jasno oznajmiając fundamentalne prawdy Ewangelii Jezusa Chrystusa.
Pozwólcie, że opowiem wam przypowieść. Za dni Nerona w Rzymie panował wielki niedostatek żywności, chociaż w Aleksandrii można było kupić mnóstwo zboża. Pewien człowiek, właściciel statku, zszedł na wybrzeże i zobaczył tam wielu głodnych ludzi, którzy wytężali wzrok ku morzu, wypatrując statków mających przybyć z Egiptu ze zbożem. Kiedy statki jeden po drugim dobijały do brzegu, biedni ludzie załamywali ręce w gorzkim rozczarowaniu, ponieważ na pokładach galer nie było nic prócz piasku, który cesarz tyran kazał im przywieźć na potrzeby areny. Niesławnym okrucieństwem było rozkazywać statkom handlowym, by kursowały tam i z powrotem i przywoziły jedynie piasek na widowiska gladiatorów, podczas gdy ludzie umierali z głodu i tak bardzo potrzebowali pszenicy. Wtedy kupiec, którego statek stał przy nabrzeżu, powiedział do kapitana: „Pilnuj dobrze, abyś z Aleksandrii nie przywiózł nic prócz zboża; a choć dawniej przywoziłeś na statku jedną czy dwie miary piasku, tym razem nie przywieź go nawet tyle, ile zmieściłoby się na pensowej monecie. Niczego innego nie przywoź, powiadam, tylko pszenicę; bo ci ludzie umierają i teraz musimy przeznaczyć nasze statki wyłącznie do przywożenia im pożywienia”. Niestety! Widziałem ostatnio wielkie galery załadowane samym piaskiem filozofii i spekulacji i mówiłem sobie: „Nie, na moim statku nie będę woził nic prócz objawionej prawdy Bożej, chleba życia, którego ludzie tak bardzo potrzebują”. Oby Bóg sprawił dziś, aby na naszym statku nie było niczego, co jedynie zaspokaja ciekawość lub dogadza upodobaniom, lecz żeby były na nim prawdy konieczne do zbawienia dusz. Chciałbym, aby każdy z was powiedział: „To była po prostu dawna, odwieczna opowieść o Jezusie i Jego miłości — i nic więcej”. Nie pragnę być znany z niczego innego, jak tylko z głoszenia dawnej Ewangelii. Wielu może wam przygrywać nową muzykę; ja mam zaś zawsze tylko tę muzykę, którą słychać w niebie: „Temu, który nas umiłował i obmył nas z naszych grzechów we własnej krwi, Jemu chwała na wieki wieków!”.
Zamierzam, drodzy przyjaciele, rozpocząć od drugiej części mojego tekstu, w której nauka o zastępstwie została przedstawiona słowami: „Tego, który nie znał grzechu, uczynił za nas grzechem, abyśmy w Nim stali się sprawiedliwością Bożą”. W tym tkwi podstawa i moc tych wezwań, z którymi mamy obowiązek zwracać się do ludzkich sumień.
Z długiego doświadczenia przekonałem się, bracia moi, że nic tak nie porusza serca jak krzyż Chrystusa; a gdy serce zostanie dotknięte i zranione obosiecznym mieczem Prawa, nic tak nie goi jego ran jak balsam wypływający z przebitego serca Jezusa. Krzyż jest życiem dla duchowo umarłych. Istnieje stara legenda, która nie może być słowo w słowo prawdziwa, lecz rozpatrywana jako przypowieść jest bardzo pouczająca. Powiadają, że gdy cesarzowa Helena szukała prawdziwego krzyża, głęboko kopano w Jerozolimie i znaleziono zakopane w ziemi trzy krzyże Golgoty. Nie można było ustalić, który z nich jest rzeczywistym krzyżem, na którym umarł Jezus, dopóki nie przeprowadzono pewnych prób. Przyniesiono więc zwłoki i położono je na jednym z krzyży, lecz nie pojawiło się ani życie, ani ruch. Gdy te same zwłoki dotknęły innego krzyża, ożyły; wtedy powiedziano: „To jest prawdziwy krzyż”. Gdy widzimy, że ludzie zostają ożywieni, nawróceni i uświęceni przez naukę o zastępczej ofierze, możemy słusznie wnioskować, że jest to prawdziwa nauka o przebłaganiu. Nie znałem ludzi, którzy zaczęliby żyć dla Boga i świętości inaczej niż przez naukę o śmierci Chrystusa poniesionej za człowieka. Kamienne serca, które nigdy dotąd nie biły życiem, stały się sercami z ciała, gdy Duch Święty dał im poznać tę prawdę. Święta tkliwość nawiedzała upartych, kiedy słyszeli o Jezusie ukrzyżowanym za nich. Nad tymi, którzy leżeli u ciemnych wrót piekła, spowici siedmiokrotnym cieniem śmierci — nawet nad nimi zajaśniało wielkie światło. Opowieść o wielkim Miłośniku ludzkich dusz, który wydał samego siebie dla ich zbawienia, wciąż pozostaje w ręku Ducha Świętego największą ze wszystkich sił działających w dziedzinie ludzkiego umysłu.
Dziś rano zamierzam więc omówić najpierw wielką naukę, a następnie, w drugim punkcie, jeśli Bóg mi dopomoże, przejdziemy do wielkiego argumentu zawartego w wersecie dwudziestym: „Tak więc jesteśmy posłami w imieniu Chrystusa, jak gdyby Bóg przez nas was prosił: w miejsce Chrystusa prosimy, pojednajcie się z Bogiem”.
I. Najpierw zatem, możliwie najzwięźlej, będę mówił o WIELKIEJ NAUCE. Ta wielka, największa ze wszystkich nauka jest następująca: Bóg, widząc ludzi zgubionych z powodu grzechu, wziął ich grzech i złożył go na swoim Jednorodzonym Synu, czyniąc Go za nas grzechem — właśnie Jego, który nie znał grzechu; a w następstwie tego przeniesienia grzechu ten, kto wierzy w Chrystusa Jezusa, zostaje uczyniony sprawiedliwym, tak, staje się sprawiedliwością Bożą w Chrystusie. Chrystus został uczyniony grzechem, aby grzesznicy stali się sprawiedliwością. Oto nauka o zastępstwie naszego Pana Jezusa Chrystusa w miejsce winnych ludzi.
Zastanówcie się teraz najpierw: kto został uczyniony za nas grzechem? Podany tutaj opis naszego wielkiego Poręczyciela dotyczy tylko jednego punktu, a może on z nawiązką wystarczyć nam do dzisiejszego rozważania. Nasz Zastępca był nieskalany, niewinny i czysty. „Tego, który nie znał grzechu, uczynił za nas grzechem”. Chrystus Jezus, Syn Boży, wcielił się, stał się ciałem i mieszkał tutaj wśród ludzi; chociaż jednak przyszedł w podobieństwie grzesznego ciała, nie znał grzechu. Choć złożono na Nim grzech, nie stał się przez to winny. Nie był grzesznikiem i nie mógł nim być: nie znał grzechu z własnego doświadczenia. Przez całe swoje życie ani razu nie wykroczył przeciw wielkiemu prawu prawdy i prawości. Prawo było w Jego sercu; świętość była Jego naturą. Mógł powiedzieć całemu światu: „Któż z was dowiedzie Mi grzechu?”. Nawet Jego chwiejny sędzia pytał: „Cóż właściwie złego uczynił?”. Gdy całą Jerozolimę wzywano i przekupywano, aby świadczyła przeciw Niemu, nie znaleziono świadków. Jego najzajadlejsi wrogowie musieli błędnie przytaczać i przekręcać Jego słowa, aby sfabrykować przeciw Niemu oskarżenie. W swoim życiu stykał się z obydwiema tablicami Prawa, lecz nie przekroczył ani jednego przykazania. Jak Żydzi badali baranka paschalnego przed zabiciem go, tak uczeni w Piśmie, faryzeusze, znawcy Prawa, przełożeni i książęta badali Pana Jezusa, nie znajdując w Nim przewinienia. Był Barankiem Bożym bez skazy i bez zmazy.
Jak nie było w naszym Panu żadnego grzechu popełnionego czynem, tak też nie było żadnego uchybienia przez zaniedbanie. Zapewne, drodzy bracia, dzięki łasce Bożej my, wierzący, mogliśmy uniknąć większości grzechów popełnianych czynem; ja jednak muszę codziennie opłakiwać grzechy zaniedbania. Choć mamy duchowe przymioty, nie osiągają one wymaganej od nas miary. Choć czynimy to, co samo w sobie słuszne, zwykle psujemy nasze dzieło jeszcze na kole garncarskim — czy to pobudką, czy sposobem wykonania, czy samozadowoleniem, z jakim je oglądamy po ukończeniu. Pod jakimś względem zawsze brak nam chwały Bożej. Zapominamy czynić to, co powinniśmy, a jeśli czynimy, jesteśmy winni letniości, polegania na sobie, niewiary albo innego ciężkiego błędu. Nie tak było z naszym Boskim Odkupicielem. Nie można powiedzieć, że w Jego doskonałym pięknie brakowało jakiejkolwiek cechy. Był doskonały w sercu, zamiarze, myśli, słowie, czynie i duchu. Nie dałoby się niczego dodać do życia Chrystusa bez uczynienia z tego jawnie zbędnego dodatku. Był w całej pełni człowiekiem doskonałym pod każdym względem, jak to dziś mówimy. Jego życie to doskonały krąg, pełny obraz cnoty. Ze srebrnej nici Jego charakteru nie wypadła ani jedna perła. Żadna cnota nie przesłoniła ani nie przytłumiła pozostałych: wszystkie doskonałości łączą się w Nim w doskonałej harmonii, tworząc jedną niezrównaną doskonałość.
Nasz Pan nie znał również grzechu w myśli. Jego umysł nigdy nie zrodził złego życzenia ani pragnienia. W sercu naszego błogosławionego Pana nigdy nie było pragnienia jakiejkolwiek złej przyjemności ani chęci uniknięcia cierpienia lub hańby związanych z Jego służbą. Gdy mówił: „Ojcze, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich”, nigdy nie pragnął uniknąć gorzkiego napoju kosztem doskonałego dzieła swego życia. Słowa „jeśli to możliwe” znaczyły: „jeśli da się to pogodzić z pełnym posłuszeństwem Ojcu i z wypełnieniem Bożego zamysłu”. Widzimy słabość Jego ludzkiej natury, która wzdraga się przed cierpieniem, i świętość Jego natury, która podejmuje decyzję i zwycięża, gdy dodaje: „Jednak nie jak Ja chcę, ale jak Ty”. Przyjął podobieństwo grzesznego ciała, ale choć ciało to nieraz przynosiło Mu fizyczne zmęczenie, nigdy nie rodziło w Nim grzesznej słabości. Wziął na siebie nasze słabości, lecz nigdy nie okazał słabości, do której przylgnąłby choć cień winy. Z tych błogosławionych oczu nigdy nie padło złe spojrzenie; z Jego ust nigdy nie wymknęło się nierozważne słowo; Jego stopy nigdy nie poszły w złej sprawie ani ręce nie wyciągnęły się do grzesznego czynu, ponieważ Jego serce było pełne świętości i miłości. Wewnątrz, tak samo jak na zewnątrz, nasz Pan pozostawał nieskalany. Jego pragnienia były równie doskonałe jak czyny. Przeniknięty wzrokiem Wszechwiedzy nie ujawniłby w sobie nawet cienia winy.
Co więcej, w naszym Zastępcy nie było żadnej skłonności do zła w jakiejkolwiek postaci. W nas takie skłonności istnieją zawsze, bo ciąży na nas skażenie grzechem pierworodnym. Musimy panować nad sobą i trzymać się w surowych ryzach, inaczej rzucilibyśmy się na oślep ku zatraceniu. Nasza cielesna natura pożąda zła i trzeba ją powściągać jak wędzidłem i uzdą. Szczęśliwy człowiek, który potrafi nad sobą zapanować. Lecz naturą naszego Pana była czystość, prawość i miłość. Wszystkie Jego szlachetne dążenia kierowały się ku dobru. Jego życie, nawet bez zewnętrznego przymusu, było samą świętością: był „świętym dziecięciem Jezus”. Książę tego świata nie znalazł w Nim żadnego paliwa dla ognia, który chciał rozpalić. Nie tylko nie wychodził z Niego żaden grzech, lecz nie było w Nim grzechu ani skłonności, ani ciążenia w tym kierunku. Obserwujcie Go w ukryciu, a znajdziecie Go na modlitwie; wejrzyjcie w Jego duszę, a ujrzycie, jak pragnie pełnić i znosić wolę Ojca. O, błogosławiony charakterze Chrystusa! Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, nie potrafiłbym godnie przedstawić Jego absolutnej doskonałości. Jakże słusznie Ojciec znajduje w Nim upodobanie! Jakże słusznie niebo Go uwielbia!
Umiłowani, było bezwzględnie konieczne, aby każdy, kto miał cierpieć w naszym zastępstwie, sam był nieskalany. Cóż może uczynić grzesznik podlegający karze z powodu własnych przewinień poza poniesieniem gniewu należnego za własny grzech? Nasz Pan Jezus Chrystus jako człowiek został poddany Prawu, lecz nie miał wobec tego Prawa żadnego długu, bo doskonale wypełnił je pod każdym względem. Mógł zająć miejsce innych i stanąć w ich zastępstwie, ponieważ nie ciążyły na Nim żadne własne zobowiązania. Miał zobowiązania wobec Boga tylko dlatego, że dobrowolnie podjął się zostać Poręczycielem i ofiarą za tych, których dał Mu Ojciec. Sam był wolny od winy, inaczej nie mógłby zaciągnąć zobowiązania za winnych ludzi.
O, jakże Go podziwiam: będąc takim, jakim był, nieskalanym i po trzykroć świętym, tak że nawet niebiosa nie były czyste w Jego oczach, a swoim aniołom zarzucał nierozumność — mimo to uniżył się, by zostać za nas uczynionym grzechem! Jak zdołał znieść zaliczenie do przestępców i poniesienie grzechu wielu? Dla grzesznego człowieka życie wśród grzeszników może nie być udręką, ale dla człowieka czystego umysłu mieszkanie wśród zepsutych i rozwiązłych nędzników byłoby ciężkim smutkiem. Jak przytłaczającym smutkiem musiało być dla czystego i doskonałego Chrystusa mieszkanie pośród obłudnych, samolubnych i bezbożnych! O ileż gorsze było to, że sam musiał wziąć na siebie grzechy tych winnych ludzi. Jego wrażliwa i delikatna natura musiała wzdragać się nawet przed cieniem grzechu, a jednak przeczytajcie te słowa i zdumiejcie się: „Tego, który nie znał grzechu, uczynił za nas grzechem”. Nasz doskonały Pan i Mistrz poniósł nasze grzechy w swoim ciele na drzewo. On, przed którym samo słońce jest przyćmione, a czysty błękit nieba jest zanieczyszczeniem, został uczyniony grzechem. Nie muszę ubierać tego w piękne słowa: sam fakt jest zbyt wielki, by potrzebował wywyższenia przez ludzką mowę. Złocić najczystsze złoto albo malować lilię byłoby niedorzecznością, ale o wiele większą niedorzecznością byłaby próba pokrycia kwiatami wymowy niezrównanego piękna krzyża. Wystarczy powiedzieć prostym wierszem:
„O, słuchaj tego przeszywającego krzyku!
Cóż może on znaczyć?
»Boże mój! Boże mój! O, dlaczego
W gniewie Mnie opuściłeś?«
O, stało się tak, bo nasze grzechy
Bóg złożył na Nim;
Ten, który sam nigdy nie zgrzeszył,
Za grzeszników został uczyniony grzechem”.
To prowadzi mnie do drugiego zagadnienia w tekście: co uczyniono z Tym, który nie znał grzechu? Został „uczyniony grzechem”. To zdumiewające wyrażenie: im bardziej je rozważacie, tym bardziej podziwiacie jego niezwykłą siłę. Tylko Duch Święty mógł być źródłem takiego języka. Boski Nauczyciel mądrze posłużył się bardzo mocnymi wyrażeniami, bo inaczej ta myśl mogłaby nie dotrzeć do ludzkich umysłów. Nawet teraz, mimo dobitności, jasności i wyrazistości języka użytego tutaj i w innych miejscach Pisma, znajdują się ludzie dość zuchwali, by przeczyć, że Pismo uczy o zastępstwie. Z tak wyrafinowanymi umysłami spór jest bezcelowy. Najwyraźniej język nic dla nich nie znaczy. Czytać pięćdziesiąty trzeci rozdział Izajasza, uznawać jego odniesienie do Mesjasza, a potem zaprzeczać Jego zastępczej ofierze — to po prostu niegodziwość. Daremne byłoby przekonywanie takich ludzi; są tak ślepi, że nawet przeniesieni na słońce nie potrafiliby widzieć. Zarówno w Kościele, jak i poza nim istnieje śmiertelna wrogość wobec tej prawdy. Współczesna myśl usiłuje wymknąć się temu, co jest oczywistym znaczeniem słów Ducha Świętego: że grzech zdjęto z winnych i złożono na Niewinnym. Napisano: „Pan złożył na Nim nieprawość nas wszystkich”. To tak jasny język, jakiego tylko można użyć; gdyby jednak potrzebny był jeszcze jaśniejszy, oto on: „Uczynił Go za nas grzechem”.
Pan Bóg złożył na Jezusie, który dobrowolnie się tego podjął, cały ciężar ludzkiego grzechu. Zamiast spoczywać na grzeszniku, który rzeczywiście popełnił grzech, ciężar ten złożono na Chrystusie, który go nie popełnił; natomiast sprawiedliwość, którą wypracował Jezus, zapisano na rachunek winnych, którzy jej nie wypracowali, tak że winni traktowani są jako sprawiedliwi. Tych, którzy z natury są winni, uznaje się za sprawiedliwych, podczas gdy Ten, który z natury nie znał żadnego grzechu, został potraktowany jak winny. Sądzę, że w dziesiątkach książek czytałem, iż takie przeniesienie jest niemożliwe; lecz to twierdzenie nie wywarło na mój umysł żadnego wpływu. Nie obchodzi mnie, czy według uczonych niewierzących jest to niemożliwe: najwyraźniej jest możliwe u Boga, bo On to uczynił. Mówią jednak, że sprzeciwia się to rozumowi. Tym także się nie przejmuję: może sprzeciwia się rozumowi tych niewierzących, lecz nie mojemu; a jeśli mam kierować się rozumem, wolę kierować się własnym. Przebłaganie jest cudem, a cuda należy raczej przyjmować wiarą niż mierzyć rachunkiem. Fakt jest najlepszym z argumentów. Faktem jest, że Pan złożył na Jezusie nieprawość nas wszystkich. Boże objawienie dowodzi tego faktu, a nasza wiara rzuca wyzwanie ludzkim wątpliwościom! Bóg to mówi, a ja wierzę; wierząc zaś, znajduję w tym życie i pociechę. Czyż nie mam tego głosić? Z całą pewnością będę to głosił.
„Odkąd przez wiarę ujrzałem strumień,
Który płynie z Jego otwartych ran,
Odkupieńcza miłość stała się moim tematem
I będzie nim aż do śmierci”.
Chrystus nie był winny i nie mógł zostać uczyniony winnym; potraktowano Go jednak tak, jakby był winny, ponieważ zechciał stanąć na miejscu winnych. Tak, nie tylko potraktowano Go jak grzesznika, ale tak, jakby był samym grzechem w oderwaniu od konkretnego czynu. To zdumiewająca wypowiedź. Bezgrzeszny został uczyniony grzechem.
Grzech niezwykle boleśnie przygniótł naszego wielkiego Zastępcę. Odczuł jego ciężar w ogrodzie Getsemane, gdzie „Jego pot był jak wielkie krople krwi spływające na ziemię”. Pełny nacisk spadł na Niego, gdy przybito Go do przeklętego drzewa. Tam, w godzinach ciemności, zniósł nieskończenie więcej, niż potrafimy wypowiedzieć. Wiemy, że poniósł potępienie z ludzkich ust, jak napisano: „Został zaliczony do przestępców”. Wiemy, że zniósł hańbę dla nas. Czy w zeszłą niedzielę wieczorem wasze serca nie zadrżały, gdy naszym tekstem były słowa: „Wtedy pluli Mu w twarz”? Okrutna pogarda wyczerpała na Jego błogosławionej osobie całą swą siłę. To, powiadam, wiemy. Wiemy, że zniósł niezliczone cierpienia ciała i duszy: pragnął, wołał w udręce opuszczenia, krwawił, umarł. Wiemy, że wylał swą duszę na śmierć i oddał ducha. Lecz za tym wszystkim i poza tym wszystkim rozciągała się niezmierzona otchłań cierpienia. Grecka liturgia trafnie mówi o „Twoich nieznanych cierpieniach”; zapewne dla nas są to cierpienia niepoznawalne. Był zarówno Bogiem, jak i człowiekiem, a Bóstwo udzieliło człowieczeństwu wszechmocnej siły, tak że w Jego duszy skupiła się i została przez nią zniesiona taka miara udręki, o jakiej nie potrafimy nawet pomyśleć. Nie powiem więcej: mądrze jest osłonić to, czego nie sposób przedstawić. Ten tekst zarazem osłania i odsłania Jego boleść, mówiąc: „Uczynił Go grzechem”. Wejrzyjcie w te słowa. Uchwyćcie ich znaczenie, jeśli potraficie. Aniołowie pragną w nie wejrzeć. Wpatrzcie się w ten przerażający kryształ. Niech wasz wzrok sięgnie w głąb tego opalu, w którego drogocennej głębi płoną ogniste płomienie. Pan uczynił za nas grzechem Tego, który był całkowicie niewinny: oznacza to więcej poniżenia, ciemności, udręki i śmierci, niż możecie pojąć. Przyniosło to delikatnemu i łagodnemu duchowi naszego Pana pewien rodzaj wewnętrznego rozdarcia i niemal unicestwienie. Nie mówię, że nasz Zastępca zniósł piekło; takie twierdzenie nie miałoby podstaw. Nie powiem, że poniósł albo dokładnie tę karę za grzech, albo jej równoważnik; twierdzę jednak, że to, co zniósł, wobec sprawiedliwości Boga potwierdziło słuszność Jego Prawa wyraźniej i skuteczniej, niż uczyniłoby to potępienie grzeszników, za których umarł. Pod wieloma względami krzyż pełniej objawia gniew Boga przeciw ludzkiemu grzechowi niż nawet Tofet i dym męki wznoszący się na wieki wieków. Kto chciałby poznać Bożą nienawiść do grzechu, musi zobaczyć Jednorodzonego krwawiącego na ciele i w duszy aż do śmierci; musi rzeczywiście odczytać każde słowo mojego tekstu i dotrzeć do jego najgłębszego znaczenia. Bracia moi, wstydzę się ubóstwa mojego objaśnienia, dlatego tylko powtórzę pełne i wzniosłe słowa apostoła: „Uczynił Go za nas grzechem”. To więcej niż: „Dotknął Go cierpieniem”; więcej niż: „Bóg Go opuścił”; więcej niż: „Kara przynosząca nam pokój spadła na Niego”. To najbardziej wymowny ze wszystkich opisów: „Uczynił Go za nas grzechem”. O, głębio grozy, a zarazem wyżyno miłości!
Przechodzę więc do trzeciej kwestii: kto to uczynił? Tekst mówi: „Uczynił Go za nas grzechem”; to znaczy, że sam Bóg wyznaczył swego umiłowanego Syna, aby został uczyniony grzechem za winnych ludzi. Mędrcy mówią nam, że takie zastępstwo nie może być sprawiedliwe. Kto ustanowił ich sędziami tego, co słuszne i sprawiedliwe? Pytam ich, czy wierzą, że Jezus w ogóle cierpiał i umarł. Jeśli wierzą, jak wyjaśniają ten fakt? Czy mówią, że umarł jako przykład? Wówczas pytam: czy sprawiedliwe jest, aby Bóg pozwolił bezgrzesznej istocie umrzeć dla dania przykładu? Śmierć naszego Pana jest faktem pewnym i wymaga wyjaśnienia. Nasze wyjaśnienie jest najpełniejsze i najprawdziwsze.
W wyznaczeniu Pana Jezusa Chrystusa, aby został za nas uczyniony grzechem, objawiła się przede wszystkim Boża suwerenność. Bóg uczynił tutaj to, czego nie mógł uczynić nikt poza Nim. Nie byłoby możliwe, abyśmy wszyscy razem złożyli grzech na Chrystusie; lecz wielki Sędzia wszystkich, który nie zdaje sprawy ze swoich czynów, mógł postanowić, aby tak się stało. Jest źródłem prawości, a korzystanie z Jego Boskiego uprawnienia jest zawsze niepodważalną sprawiedliwością. Przyjęcie Pana Jezusa, który ofiarował siebie jako dobrowolny Poręczyciel i Zastępca, w charakterze Poręczyciela i Zastępcy winnego człowieka leżało w mocy Najwyższego. W swojej Boskiej suwerenności przyjął Go, a my przed tą suwerennością się kłaniamy. Jeśli ktoś to kwestionuje, naszą jedyną odpowiedzią jest: „O człowiecze! Kimże ty jesteś, że spierasz się z Bogiem?”.
Śmierć naszego Pana objawiła również Bożą sprawiedliwość. Upodobało się Bogu jako Sędziemu wszystkich, aby grzech nie został odpuszczony bez wyegzekwowania kary, którą tak słusznie za niego zagrożono, albo bez innego okazania sprawiedliwości, które potwierdziłoby słuszność Prawa. Powiadają, że to nie jest Bóg miłości. Odpowiadam: to właśnie Bóg miłości, i to w najwyższym stopniu. Gdyby dziś zasiadał w sądzie sędzia będący z natury samą dobrocią, jako sędzia musiałby wymierzać sprawiedliwość; gdyby tego nie czynił, ośmieszyłby swoją dobroć — co więcej, jego dobroć wobec przestępcy byłaby okrucieństwem wobec całego społeczeństwa. Jakikolwiek sędzia byłby osobiście, z racji urzędu ma obowiązek wymierzać sprawiedliwość. A „czyż Sędzia całej ziemi nie uczyni tego, co słuszne?”. Mówicie o ojcostwie Boga. Rozwijajcie ten temat, jak chcecie, nawet aż uczynicie z niego herezję; Bóg pozostaje jednak wielkim moralnym Władcą wszechświata i musi postępować z grzechem tak, aby ujawniło się, że jest on rzeczą złą i gorzką. Bóg nie może przymykać oczu na niegodziwość. Błogosławię Jego święte imię i uwielbiam Go za to, że nie jest niesprawiedliwy, aby okazać miłosierdzie, i nie oszczędza winnych tylko po to, by dogodzić swojej łagodności. Każde przekroczenie i nieposłuszeństwo otrzymuje sprawiedliwą odpłatę. Lecz dzięki ofierze Chrystusa może sprawiedliwie przebaczać. Błogosławię Jego święte imię za to, że dla potwierdzenia swej sprawiedliwości postanowił udzielić wierzącym darmowego przebaczenia, opartego na przebłaganiu, które zaspokoiło wszystkie wymagania Prawa.
Podziwiajcie też w zastępczej ofierze wielką łaskę Boga. Nigdy nie zapominajcie, że Ten, którego Bóg uczynił za nas grzechem, był Jego własnym Synem; tak, pójdę dalej: był w pewnym sensie Nim samym, bo Syn jest jedno z Ojcem. Nie wolno wam mieszać Osób, lecz nie możecie dzielić istoty błogosławionej Trójcy w Jedności. Nie wolno wam tak oddzielać Syna Bożego od Ojca, żeby zapomnieć, iż Bóg był w Nim, jednając świat ze sobą. To drugie „Ja” Ojca krwawi i umiera na krzyżu w ludzkiej postaci. „Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego”: to ta Światłość doznała zaćmienia, to Bóstwo nabyło Kościół własną krwią. Oto nieskończona miłość! Mówicie mi, że Bóg mógł przebaczyć bez przebłagania. Odpowiadam, że skończona i omylna miłość mogłaby tak postąpić, a przez to zranić samą siebie, zabijając sprawiedliwość; lecz miłość, która zarazem wymagała przebłagania i je zapewniła, jest rzeczywiście nieskończona. Sam Bóg zapewnił przebłaganie, dobrowolnie i całkowicie wydając siebie w osobie swego Syna na cierpienie z powodu ludzkiego grzechu.
Chcę, abyście zauważyli tutaj jedno: jeśli kiedykolwiek wasz umysł zaniepokoi się pytaniem o stosowność lub słuszność zastępczej ofiary, możecie natychmiast rozstrzygnąć tę kwestię, pamiętając, że sam Bóg „Tego, który nie znał grzechu, uczynił za nas grzechem”. Jeśli Bóg to uczynił, uczynił dobrze. Nie niepokoję się o obronę Bożego czynu: niech człowiek, który ośmiela się oskarżać swego Stwórcę, zastanowi się, co robi. Jeśli sam Bóg zapewnił ofiarę, bądźcie pewni, że ją przyjął. Nie można jej kwestionować, skoro Jehowa sprawił, że spotkały się na Nim nasze nieprawości. Ten, który uczynił Chrystusa za nas grzechem, wiedział, co czyni; nie do nas należy zaczynać pytać: „Czy to słuszne, czy niesłuszne?”. Po trzykroć święty Bóg uczynił to i musi to być słuszne. To, co zadowala Boga, z powodzeniem może zadowolić nas. Jeśli Bóg ma upodobanie w ofierze Chrystusa, czy my nie powinniśmy być więcej niż zadowoleni? Czy nie powinniśmy być zachwyceni, porwani i jakby przeniesieni do raju tym, że zbawia nas taka ofiara, jaką sam Bóg wyznacza, zapewnia i przyjmuje? „Uczynił Go za nas grzechem”.
Ostatnia kwestia brzmi: co w następstwie tego dzieje się z nami? „Abyśmy w Nim stali się sprawiedliwością Bożą”. O, jak doniosły tekst! Żaden żyjący człowiek nie zdoła go wyczerpać. Nawet w czasach największego rozkwitu teologii nie żył teolog, który potrafiłby zgłębić tę wypowiedź do końca.
Każdy człowiek wierzący w Jezusa zostaje uczyniony sprawiedliwym przed Bogiem dzięki temu, że Chrystus wziął jego grzech. Jesteśmy sprawiedliwi przez wiarę w Chrystusa Jezusa, „usprawiedliwieni przez wiarę”. Co więcej, nie tylko otrzymujemy miano „sprawiedliwych”, lecz stajemy się samą rzeczywistością zwaną „sprawiedliwością”. Nie potrafię tego objaśnić, ale nie jest to sprawa błaha. Nie oznacza to czegoś mało ważnego, gdy mówi się, że „stajemy się sprawiedliwością”. Co więcej, nie tylko stajemy się sprawiedliwością, ale stajemy się „sprawiedliwością Bożą”. Tkwi w tym wielka tajemnica. Sprawiedliwość, którą Adam miał w ogrodzie, była doskonała, lecz była sprawiedliwością człowieka; nasza jest sprawiedliwością Boga. Ludzka sprawiedliwość zawiodła; wierzący ma jednak Bożą sprawiedliwość, która nigdy nie może zawieść. Nie tylko ją ma, lecz nią jest: „staje się sprawiedliwością Bożą w Chrystusie”. Możemy teraz śpiewać:
„Odziany szatą mego Zbawiciela,
Święty jak sam Święty”.
Jakże mili Bogu muszą być ci, których sam Bóg uczynił „sprawiedliwością Bożą w Nim”! Nie potrafię wyobrazić sobie niczego pełniejszego.
Jak Chrystus został uczyniony grzechem, a jednak nigdy nie zgrzeszył, tak my stajemy się sprawiedliwością, chociaż nie możemy twierdzić, że sami z siebie byliśmy sprawiedliwi. Choć jesteśmy grzesznikami i ze smutkiem musimy to wyznawać, Pan tak całkowicie okrywa nas sprawiedliwością Chrystusa, że widać już tylko Jego sprawiedliwość i stajemy się sprawiedliwością Bożą w Nim. To prawda o wszystkich świętych, o wszystkich, którzy wierzą w Jego imię. O, blasku tej nauki! Czy widzisz to, mój przyjacielu? Choć jesteś grzesznikiem, sam w sobie splamionym, oszpeconym i poniżonym, jeśli przyjmiesz wielkiego Zastępcę, którego Bóg zapewnia ci w osobie swego umiłowanego Syna, twoje grzechy odejdą od ciebie, a przyjdzie do ciebie sprawiedliwość. Twoje grzechy zostały złożone na Jezusie, koźle ofiarnym; nie są już twoje, On je usunął. Mogę powiedzieć, że Jego sprawiedliwość została ci przypisana; lecz idę dalej i mówię za tekstem: „Stałeś się sprawiedliwością Bożą w Nim”. Żadna nauka nie może być słodsza dla tych, którzy czują ciężar grzechu i brzemię jego przekleństwa.
II. Zbierając więc wszystko, muszę zakończyć drugą częścią tekstu, która nie jest wykładem nauki, lecz jej zastosowaniem — WIELKIM ARGUMENTEM. „Tak więc jesteśmy posłami w imieniu Chrystusa, jak gdyby Bóg przez nas was prosił: w miejsce Chrystusa prosimy, pojednajcie się z Bogiem”.
O, gdyby te usta znalazły słowa albo to serce mogło przemawiać bez nich! Wtedy błagałbym każdą nienawróconą, niewierzącą duszę w tym miejscu i błagałbym jak o własne życie. Przyjacielu, jesteś w nieprzyjaźni z Bogiem i Bóg się na ciebie gniewa, lecz ze swojej strony jest w pełni gotowy do pojednania. Otworzył drogę, na której możesz stać się Jego przyjacielem — drogę bardzo kosztowną dla Niego, ale darmową dla ciebie. Nie mógł porzucić swej sprawiedliwości, a przez to zniszczyć chwały własnego charakteru; wydał jednak swego Syna, Jednorodzonego i Umiłowanego, a ten Jego Syn został za nas uczyniony grzechem, choć nie znał grzechu. Zobacz, jak Bóg wychodzi ci naprzeciw! Zobacz, jak bardzo jest gotowy, jak usilnie pragnie, aby doszło do pojednania między Nim a winnymi ludźmi. O, ludzie, jeśli nie jesteście zbawieni, to nie dlatego, że Bóg nie chce albo nie może was zbawić, lecz dlatego, że odmawiacie przyjęcia Jego miłosierdzia w Chrystusie. Jeśli dziś istnieje rozdział między wami a Bogiem, nie wynika on z braku dobroci z Jego strony, lecz z braku gotowości z waszej. Odpowiedzialność za waszą zgubę spoczywa na was samych: wasza krew obciąży wasze własne szaty.
Zauważcie teraz, co mamy wam dziś do powiedzenia: gorąco pragniemy, abyście żyli w pokoju z Bogiem, dlatego działamy jako posłowie Chrystusa. Nie zamierzam kłaść nacisku na urząd posła jako zaszczytny lub obdarzony autorytetem, bo nie sądzę, żeby miało to dla was znaczenie; cały nacisk kładę natomiast na pokój, do którego chcielibyśmy was doprowadzić. Bóg pojednał mnie ze sobą i gorąco pragnę, abyście i wy zostali pojednani. Kiedyś Go nie znałem i nie troszczyłem się o Niego. Całkiem dobrze żyło mi się bez Niego; bawiłem się błahostkami dnia, aby o Nim zapomnieć. On sprawił, że zacząłem szukać Jego oblicza, a szukając Jego oblicza, znalazłem Go. Wymazał moje grzechy i usunął moją wrogość. Wiem, że jestem Jego sługą, a On jest moim Przyjacielem, Ojcem i moim Wszystkim. Teraz więc nie mogę nie próbować, na swój nieudolny sposób, być wobec was Jego posłem. Nie chcę, aby ktokolwiek z was żył w nieprzyjaźni z moim Ojcem, który was stworzył, i abyście lekkomyślnie Go prowokowali, przedkładając zło nad dobro. Dlaczego nie mielibyście żyć w pokoju z Tym, który tak bardzo pragnie pokoju z wami? Dlaczego nie mielibyście kochać Boga miłości i radować się Tym, który jest dla was tak dobry? To, co uczynił dla mnie, jest w pełni gotowy uczynić dla was: jest Bogiem gotowym przebaczać. Głoszę Jego Ewangelię od wielu lat, ale nie spotkałem jeszcze grzesznika, któremu Jezus odmówiłby oczyszczenia, gdy ten do Niego przyszedł. Nie znałem ani jednego przypadku człowieka, który zaufał Jezusowi i prosił o przebaczenie, wyznając grzech i porzucając go, a został odrzucony. Powiadam: nigdy nie spotkałem człowieka, któremu Jezus odmówił; i nigdy takiego nie spotkam. Rozmawiałem z nierządnicami, którym przywrócił czystość, z pijakami, których uwolnił od złego nałogu, oraz z ludźmi winnymi plugawych grzechów, którzy dzięki łasce naszego Pana Jezusa stali się czyści i wstrzemięźliwi. Zawsze opowiadali mi tę samą historię: „Szukałem Pana, a On mnie wysłuchał; obmył mnie we własnej krwi i jestem bielszy niż śnieg”. Dlaczego nie mielibyście zostać zbawieni tak samo jak oni?
Drogi przyjacielu, być może nigdy nie myślałeś o tej sprawie i dziś rano nie przyszedłeś tutaj z zamiarem zastanawiania się nad nią; dlaczego jednak nie miałbyś zacząć? Przyszedłeś po prostu posłuchać znanego kaznodziei; proszę cię, zapomnij o kaznodziei, a pomyśl tylko o sobie, swoim Bogu i swoim Zbawicielu. Musi być czymś złym żyć bez myśli o swoim Stwórcy. Zapominać o Nim znaczy Nim gardzić. Musi być czymś złym odrzucać wielkie dzieło przebłagania; odrzucasz je, jeśli nie przyjmujesz go od razu. Musi być czymś złym opierać się swojemu Bogu; a opierasz się Mu, jeśli nie chcesz zostać z Nim pojednany. Pokornie spełniam więc rolę posła Chrystusa i błagam cię: uwierz w Niego i żyj.
Zauważcie, jak ujmuje to tekst: „Jesteśmy posłami w imieniu Chrystusa, jak gdyby Bóg przez nas was prosił”. Ta myśl mnie poraża. Idąc tutaj dziś rano, czułem, że mógłbym ukryć twarz w dłoniach i zapłakać na myśl, że Bóg kogokolwiek błaga. On przemawia i staje się; niezliczone zastępy aniołów uważają się za szczęśliwe, mogąc lecieć na Jego rozkaz, a jednak człowiek tak bardzo stał się wrogiem Boga, że nie chce zostać z Nim pojednany. Bóg chciałby uczynić go swoim przyjacielem i oddaje krew umiłowanego Syna, aby tę przyjaźń przypieczętować; człowiek jednak tego nie chce. Spójrzcie: wielki Bóg zaczyna błagać swoje uparte stworzenie! Swoje niemądre stworzenie! Czuję w tym pełne czci współczucie dla Boga. Czy musi błagać buntownika, aby przyjął przebaczenie? Czy to słyszycie? Aniołowie, czy to słyszycie? Ten, który jest Królem królów, osłania swoją suwerenność i uniża się, błagając swoje stworzenie o pojednanie z Nim! Nie dziwię się, że niektórzy moi bracia cofają się przed taką myślą i nie mogą uwierzyć, że tak jest: zdaje się ona tak uwłaczać chwalebnemu Bogu. A jednak mój tekst tak mówi i musi to być prawdą: „Jak gdyby Bóg przez nas was prosił”. Czyż nie czyni to głoszenia kazania zadaniem budzącym świętą trwogę? Powinienem błagać was tak, jakby Bóg przemawiał do was przeze mnie, patrzył na was tymi oczami i wyciągał ku wam swoje ręce przez te ręce. On mówi: „Cały dzień wyciągałem ręce do ludu nieposłusznego i sprzeciwiającego się”. Mówi cicho, czule i z ojcowską miłością przez te moje nędzne usta, „jak gdyby Bóg przez nas was prosił”.
Zwróćcie też uwagę na następne słowa, które, jeśli to możliwe, mają jeszcze większą siłę: „W miejsce Chrystusa prosimy”. Skoro Jezus umarł w naszym zastępstwie, my, Jego odkupieni, mamy prosić innych w Jego zastępstwie; i jak On wylał swoje serce za grzeszników, zajmując ich miejsce, tak my w inny sposób musimy wylać swoje serca za grzeszników, zajmując Jego miejsce. „W miejsce Chrystusa prosimy”. Gdyby mój Pan był tu dziś rano, jak prosiłby was, abyście do Niego przyszli? Chciałbym, mój Mistrzu, być teraz bardziej godny stanąć na Twoim miejscu. Wybacz mi moją nieudolność. Pomóż mi skruszyć serce na myśl, że nie kruszy się tak, jak powinno, z powodu tych mężczyzn i kobiet, którzy postanowili zgubić samych siebie i dlatego mijają Cię, mój Panie, jak gdybyś był jedynie pospolitym zbrodniarzem wiszącym na szubienicy! O, ludzie, jak możecie tak mało cenić śmierć Syna Bożego? To cud czasu, przedmiot podziwu wieczności. O, dusze, dlaczego odrzucacie życie wieczne? Dlaczego chcecie umrzeć? Dlaczego gardzicie Tym, przez którego jedynie możecie żyć? Jest tylko jedna brama życia: tą bramą jest otwarty bok Chrystusa; dlaczego nie wejdziecie i nie będziecie żyć? „Przyjdźcie do Mnie” — mówi; „przyjdźcie do Mnie”. Zdaje mi się, że słyszę, jak to mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam odpoczynek. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpoczynek dla swoich dusz”. Zdaje mi się, że widzę Go w ostatnim, wielkim dniu święta, jak stoi i woła: „Jeśli ktoś pragnie, niech przyjdzie do Mnie i pije”. Słyszę, jak łagodnie oznajmia: „Tego, który do Mnie przychodzi, z pewnością nie odrzucę”. Nie jestem godny prosić was w miejsce Chrystusa, ale proszę was z całego serca. Wy, którzy słyszycie mój głos z niedzieli na niedzielę, przyjdźcie, przyjmijcie wielką ofiarę i pojednajcie się z Bogiem. Wy, którzy słuchacie mnie tylko ten jeden raz, chciałbym, abyście odeszli z tymi słowami dźwięczącymi w uszach: „Pojednajcie się z Bogiem”. Nie mam wam do powiedzenia niczego ozdobnego; mam jedynie oznajmić, że Bóg przygotował przebłaganie i teraz usilnie prosi grzeszników, aby przyszli do Jezusa, by przez Niego mogli zostać pojednani z Bogiem.
Nie wzywamy was do jakiegoś niemożliwego wysiłku. Nie każemy wam dokonać wielkiego czynu; nie prosimy was o pieniądze ani zapłatę; nie żądamy też lat udręki, lecz tylko tego: pojednajcie się. Nie tyle chodzi o to, byście pojednali się własnymi siłami, ile o to, byście „zostali pojednani”. Poddajcie się Temu, który pragnie teraz otoczyć was ludzkimi więzami, pociągając was więzami miłości, ponieważ został za was wydany. Jego Duch zmaga się z wami — poddajcie się Jego działaniu. Wiecie, że z Jakubem mocował się pewien mąż aż do wschodu jutrzenki; pozwólcie, aby ten Mąż, ten Bóg-Człowiek, was przemógł. Poddajcie się. Ulegnijcie uściskowi tych rąk, które przybito za was do krzyża. Czy nie poddacie się swojemu najlepszemu Przyjacielowi? Ten, który was teraz obejmuje, przyciska was do serca przebitego za was włócznią. O, poddaj się! Poddaj się, człowieku! Czy nie czujesz, że ogarnia cię jakaś tkliwość? Nie zatwardzaj przed nią serca. On mówi najcichszym i najsłodszym tonem: „Dziś, jeśli usłyszycie Jego głos, nie zatwardzajcie swoich serc”. Uwierz i żyj! Opuść arcywroga, który trzymał cię w swoim uścisku. Uchodź, aby ocalić życie, nie oglądaj się za siebie, nie zatrzymuj się nigdzie na równinie, lecz uciekaj tam, gdzie widzisz otwarte drzwi domu wielkiego Ojca. U bramy czeka krwawiący Zbawiciel, aby cię przyjąć i powiedzieć: „Zostałem uczyniony grzechem za ciebie, a ty stałeś się sprawiedliwością Bożą we Mnie”. Ojcze, pociągnij ich! Ojcze, pociągnij ich! Wieczny Duchu, pociągnij ich przez wzgląd na Jezusa Chrystusa, Twego Syna! Amen.